Przyjmując śmiałe założenie o istnieniu charakteru narodowego, lub w każdym razie jakiegos zespołu cech wyróżniających obywateli danego kraju od innych, należałoby próbować doszukiwać się oznak specyficznej duszy argentyńskiej. Do tej pory sądziłam, że Argentyńczyków od innych ludzi różni fanatyczne uwielbienie dla futbolu (ok, w zasadzie nie byłam w Brazylii). Co prawda po pogromie zgotowanym przez reprezentację walecznego narodu niemieckiego przy pomocy imigranckich nóg Argentyńczyk jest w stanie rozkładu, lecz zapewne niedługo oszołomienie minie. Warto więc przywołać niezwykłe oznaki stanu normalnego, by nie dać się zaskoczyć, kiedy albicelestes znowu zaczną wygrywać.
A więc tak: 17 czerwca, w dniu emocjonującego meczu Argentyna-Korea, rozpoczynającego się tu o 8.30 rano, miałam udać się do szacownej żydowskiej organizacji celem wykonania przeglądu zbiorów archiwum historycznego. Już poprzedzającego wieczora otrzymałam e-mail, jakoby córka miłej pani archiwistki rozchorowała się i nie było pewne, czy będę mogła następnego dnia oglądać zbiory. Rano potwierdzono, że mała jest chora, i mama też, poradzono również dzwonić do bazy po zakończeniu meczu, może ktoś mnie przyjmie. Następnego dnia pracownicy na korytarzach bez cienia żenady wspominali ekscytację poprzedniego poranka, kiedy “cała AMIA oglądała mecz”.
Dzień później gibkie panienki na zajęciach tanecznych komentowały piłkarskie zagrywki i zarzekały się, że na kolejnych zajęciach, we wtorek 22 czerwca, nie będą pląsać, albowiem kibicować będą swej selección w meczu przeciwko Grecji.
Nie mówiąc już o tym, że wuwuzele to nic przy hałasie czynionym na argentyńskiej ulicy w godzinie meczu.
Jak już powiedziałam – to nie uwielbienie dla piłki, silne w argentyńskim narodzie, sprawia że nie do końca się rozumiemy. Tym czymś, co uświadomiłam sobie dziś z całą mocą, jest stadność. Stadność w najprostszym rozumieniu, za którą nie musi iść żadna wiara, idea, czy nawet chęć podbicia nowych lądów. Stadność polegająca na nieuporządkowanym meandrowaniu po ulicy przy jednoczesnym dążeniu do utrudnienia tego innym, stadność która każe niedzielnie i świątecznie koncentrować się w miejskich parkach, tak samo jak w tygodniu na zatłoczonych handlowych ulicach i pasażach.
Paradoksalnie, instynkt ten nie ma przełożenia na świętowanie uroczystości narodowych. W stolicy wielkiego państwa w święto niepodległości wszystkie sklepy otwarte, śladu celebracji. A z drugiej strony na co drugim murze zachęca się do wstąpienia w gościnne szeregi młodych nacjonalistów.
Nie chcąc przypisywać sobie tak cenionych w kraju nad La Platą zdolności psychoanalitycznych powiem tylko, że pełna sprzeczności jest dusza Argentyńczyka. Bo kto to pomyślał, być nacjonalistą, gdy człowiek za miedzą mówi, ubiera się i śpiewa to samo. Prosta droga do obłędu.